Nieśmiałość – mój największy wróg

Przy okazji konkursu na Blog Roku 2015, zaczęłam zastanawiać się dlaczego tak właściwie prowadzę tego bloga. Po co go założyłam, dlaczego tak mi zależy, żeby ktoś czytał te moje wypociny. I doszłam do wniosku, że przyczyn zasadniczo można dopatrywać się już w okresie mojego dzieciństwa (haha od razu widać co studiuję).

DZIECIŃSTWO

Kiedy byłam dzieckiem i chadzałam do podstawówki, skrycie marzyłam o tym żeby być artystką. Zdecydowanie najczęściej w głowie pojawiała mi się wizja siebie jako piosenkarki. Wiele dziewczynek tak ma, zdaje sobie z tego sprawę. W tamtym czasie przyjaźniłam się z Anią i we dwie założyłyśmy zespół, wspominałam o tym nawet w pierwszej blogowej notce. Zażartowałam wówczas, że wszystko było świetnie z naszymi planami podboju świata, dopóki nie spadła na nas jak grom z jasnego nieba informacja, że nie potrafimy śpiewać. Ale prawdę mówiąc nie pamiętam już jak nam wychodziło to śpiewanie i trochę żałuję, że nie mam kaset, na których nagrywałyśmy nasze szalone kawałki.
Pamiętam, że kiedy zostawałam sama w domu, włączałam sobie muzykę, zapisywałam na kartce papieru tekst piosenki  (nie miałam Internetu więc nie mogłam wyszukać tekstu online) i śpiewałam, wyobrażając sobie, że jestem gwiazdą. Zabawnie było, gdy chciałam wyśpiewać angielski utwór i nie znając ni w ząb angielskiego, zapisywałam tekst fonetycznie. Moja kariera rozwijała się prężnie, ale miało to miejsce wyłącznie w mojej wyobraźni. Nieco później razem z innymi wspólniczkami, poruszone sukcesem Toli i Ali z zespołu Blog 27, postanowiłyśmy, że my również założymy zespół. Chyba powstały jakieś autorskie teksty z tego co pamiętam, miałyśmy wizję pierwszego teledysku i plan wysłania go do firmy fonograficznej.
No ale cóż, jakoś to nie wypaliło.

A ja nadal gdzieś tam w środku marzyłam, żeby zostać artystką, chciałam nauczyć się grać na pianinie. Jednak te artystyczne marzenia były dla mnie tak wstydliwą sprawą, że nie przeszło mi nawet przez myśl, żeby poprosić rodziców o zapisanie do szkoły muzycznej. Z resztą wydawało mi się to głupie, przecież najważniejsza dla dziecka w moim wieku jest nauka, a jeszcze broń boże okazało by się, że nie jestem dobra w tej muzyce. Załamałabym się pewnie całkiem.
Lubiłam pisać opowiadania, czułam się dumna jak polonistki mnie chwaliły, chociaż nigdy sama się do niczego nie zgłaszałam, nieśmiałość blokowała mnie od środka. Brałam raz udział w konkursie recytatorskim, a raz w krasomówczym. Wprawdzie z polecenia nauczycielki, ale czułam się na tych konkursach jak ryba w wodzie. Z jednej strony był cały ten stres i obawa o to jak zareagują ludzie, bo bardzo nie lubiłam krytyki, a z drugiej strony byłam z siebie taka dumna i niezbyt śmiale, gdzieś tam w kościach czułam, że jestem w tym dobra. Myślałam wtedy, że mogłabym być aktorką. Ćwiczyłam różne wystąpienia przed lustrem, wymyślałam historie, odgrywałam je. Chociaż moje role w szkolnych przedstawieniach zwykle były dość krótkie, zawsze marzyło mi się by być narratorem. Narrator miał najwięcej tekstu do zaprezentowania, budował napięcie, ale niestety zazwyczaj trzeba było się zgłosić by nim być. A ja nie potrafiłam. Nie umiałam wskazywać na siebie palcem. Wolałam zostać zauważoną. Chciałam i czekałam aż ktoś mnie zauważy.

OLŚNIENIE

I w końcu po latach zdałam sobie sprawę, że nie można w nieskończoność czekać żeby zostać zauważonym. Tyle że to nie jest takie oczywiste, bo to, że nikt cię nie zauważa przecież może oznaczać, że zwyczajnie nie jesteś dobry, że są lepsi. I ja przez długi czas tak myślałam. Że się nie nadaję, że te wszystkie fajne rzeczy robią inni, bo są po prostu lepsi. Za każdym razem gdy ktoś mnie za cokolwiek pochwalił, gdy nauczycielka w gimnazjum wstawiła szóstkę za opowiadanie, mówiłam sobie, że ok, bardzo fajnie, ale to przecież nic takiego, to tylko jedna ocena, to tylko jedno opowiadanie. To nic nie znaczy. Co innego, gdybym pisała takich więcej, ale jedno? To szczegół, każdemu może się zdarzyć napisać jedną dobrą rzecz.
I miałam tak przez sporą część życia. Długi czas zastanawiałam się skąd się to u mnie wzięło u licha? Przecież rodzice zawsze mnie wspierali w tym co robiłam, chwalili i cieszyli się z moich małych sukcesików. A ja mówiłam, że to nic takiego, wstydziłam się jak ktoś mnie chwalił,  uważając innych ludzi za lepszych.
I całkiem niedawno doznałam olśnienia. Na zajęciach dotyczących nieśmiałości, pani doktor rzekła do nas coś w stylu (przytoczyłabym dokładniej ale zgubiłam zeszyt z notatkami), że nieśmiałość częściej dotyka dzieci pierworodne i jedynaków, którzy to zwykle są bardziej „zaopiekowani” przez rodziców niż dzieci kolejne.
Bo wiesz, jak masz kilkoro dzieci, to nie martwisz się tak bardzo, że jedno z nich zeżre krokodyl, zawsze jeszcze jacyś potomni ci zostaną. A z jednym jest trochę gorzej, bardziej gnojka trzeba pilnować (to już moja konkluzja, nie pani doktor).
I kurczę, coś w tym jest. Rodzeństwa „dorobiłam się” po moim czternastym roku życia więc do okresu nastoletniego byłam rzeczywiście oczkiem w głowie rodziców. I całkiem możliwe, że jest to jakaś część składowa, mająca wpływ na to, że jestem nieśmiała. A przesadna nieśmiałość może negatywnie wpływać na wszystkie obszary życia. 

W każdym razie coś zaczęło odmieniać się w liceum.

POSKRAMIANIE WROGA

Jakoś tak się złożyło, że zawsze trafiałam na cudowne nauczycielki języka polskiego. W szkole średniej ta passa trwała. Trafiłam na kobietę, o której po szkole krążyły legendy. Która była wymagająca i twarda wobec uczniów, ale o epokach literackich opowiadała tak ciekawie, z taką pasją, że godziny lekcyjne mijały w oka mgnieniu. Nad drzwiami jej klasy przez bodaj pierwsze dwa lata mojej szkoły średniej, zapisany był cytat z „Boskiej Komedii” Dantego:
„Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy tu wchodzicie”
Później jacyś rodzice się zbuntowali i napis trzeba było zamalować.
Pod koniec pierwszej klasy, owa nauczycielka powiedziała mi, że jeśli nadal będę się tak obijać jak dotychczas, to nic ze mnie nie będzie. Co do pierwszej części miała stuprocentową rację, przez okres pierwszej klasy faktycznie zanadto się nie uczyłam. A druga część przekazu, jak z czasem się okazało, zadziałała na mnie jak płachta na byka. Nie zrobiłam tego celowo, nie pomyślałam sobie „o, pokażę jej, że nie ma racji”, ale chyba moja podświadomość uparła się, żeby udowodnić że jednak coś jestem warta i wzięła się do roboty. Od drugiej klasy spędzałam długie godziny prowadząc segregator z języka polskiego (nie mieliśmy zeszytów, tylko grubaśne segregatory) i czytając lektury. W zasadzie najbardziej w szkole przykładałam się właśnie z polskiego i angielskiego, te dwa przedmioty dawały mi najwięcej wewnętrznej satysfakcji. Szło mi dobrze, dostawałam dobre i bardzo dobre oceny, ale nadal wydawało mi się, że to czysty przypadek, nie moja zasługa. Nie wiem dlaczego, nie wiem czego potrzebowałam, jakiego dowodu…

Kiedy już zebrałam się do kupy z ta szkołą, doszłam do wniosku, że chciałabym napisać rozszerzoną maturę z języka polskiego, pomyślałam, że może przydać mi się  to „rozszerzenie” przy rekrutacji na studia. Jednak bałam się powiedzieć o tym nauczycielce, bałam się reakcji innych, tego, że będę się wstydzić swojej decyzji i wyrzuciłam tę myśl z głowy. Ale była ona uporczywa, wróciła jakoś chwilę przed ostatecznym oddaniem deklaracji maturalnych. I ni stąd, ni zowąd, nikomu nie mówiąc, nie pytając o poradę po prostu poszłam do sekretariatu dopisać na deklaracji, że chcę pisać rozszerzenie z polskiego. W lutym więc przyszło mi do głowy, że mogłabym również zacząć uczęszczać na dodatkowe zajęcia z języka polskiego, które miały na celu przygotować uczniów do napisania rozszerzonej matury. Pani nauczycielka rzekła wówczas do mnie, że ok., mogę się zapisać, ale jest już bardzo późno więc i tak za bardzo mi te zajęcia nie pomogą, w końcu matura za pasem.
Pomyślałam sobie "no dobrze, rozszerzonej matury i tak  nie można nie zdać, najwyżej zdobędę niewiele punktów procentowych, to nie jest koniec świata".
Ale na kilka dni przed tą drugą maturą z polskiego, pożyczyłam od koleżanki z klasy notatki z dodatkowych zajęć. Pożyczyłam i skserowałam sobie żeby je przejrzeć. Przejrzałam w noc przed maturą, aby mieć spokojne sumienie, że zrobiłam cokolwiek.
Na tę maturę stawiłam się jakoś dwie minuty przed rozpoczęciem, wszyscy  już myśleli, że nie przyjdę, że zrezygnowałam.
Ale przyszłam, wybrałam pierwszy temat i napisałam tak, jak potrafiłam najlepiej.
A w czerwcu okazało się, że z rozszerzonej matury z języka polskiego otrzymałam 100%, jako jedyna w szkole.
Mama odbierała wyniki, bo ja podjęłam wakacyjną pracę i kiedy powiedziała mi to przez telefon, byłam pewna, że sobie ze mnie żartuje. Podesłała zdjęcie na dowód.

I CO Z TEGO?

I tutaj powinna być wstawka "i żyłam długo i szczęśliwie". Ale wiecie co? Ktoś powiedział wtedy, że po prostu miałam farta, bo to mało prawdopodobne, żeby nie chodząc na dodatkowe zajęcia osiągnąć lepszy wynik niż uczennice, które nie dość, że uczyły się wzorowo, to jeszcze uczęszczały na ten dodatkowy polski.
I znowu. Kolejne wydarzenie, które powinnam odczuwać jako sukces, stało się moją wstydliwą gulą w gardle. Jakbym na ten wynik nie zasługiwała.

Z jednej strony to smutne, że cokolwiek nie zrobiłam, czegokolwiek nie osiągnęłam, zawsze czułam jakby to było za mało, jakby to było nieważne. Ale z drugiej strony kiedy mamy już świadomość co w nas nie gra i jakimi zachowaniami uprzykrzamy sobie życie, to jesteśmy już w połowie drogi do tego żeby się ich pozbyć, żeby zastąpić je lepszymi.

Piszę to wszystko, bo jestem w trakcie naprawiania tego braku pewności siebie i przezwyciężania mojej nieśmiałości. Chcę nauczyć się cieszyć tym co robię i czerpać z tego satysfakcję. I pomyślałam, że w grupie może być nam raźniej. Przecież to my sami powinniśmy decydować jakimi jesteśmy ludźmi i z czego czujemy dumę, a nie krytyczne komentarze innych. Spróbuję więc w najbliższym czasie poszperać w fachowej literaturze i dodawać posty z praktycznymi poradami jak poskromić nieśmiałość, jak sprawić, by zdanie innych ludzi przestało mieć dla nas kluczowe znaczenie. Czym właściwie jest nieśmiałość? Jak ją przezwyciężyć? Co zrobić by nie definiowały nas słowa innych ludzi? Czy nieśmiałość wynika z niskiego poczucia własnej wartości czy może wręcz przeciwnie - z przerośniętego poczucia własnej wartości? A może jest wypadkową zupełnie innych czynników?
Może wyjdzie coś dobrego z tego emocjonalnego ekshibicjonizmu, co chyba tą notką właśnie uczyniłam.

POWRÓT DO POCZĄTKU

Jaki to wszystko ma związek z założeniem bloga? Otóż w szkole średniej i na początku studiów byłam zafascynowana blogosferą. Czytywałam posty Kominka (teraz Jasona Hunta) na potęgę, to był czas kiedy blogi w Polsce były postrzegane jak internetowe pamiętniki, nic wielkiego. Wkrótce potem blogerzy zaczęli zarabiać na swojej twórczości, zaczęło powstawać więcej blogów. I na pierwszym roku studiów rozmawiałam z kolegą o Kominku właśnie. O tym jak dobrze tworzy historie, jaki miał świetny pomysł na siebie i jak cudownie musi być utrzymywać się z tego co tworzysz. Wspomniałam podczas tej rozmowy, że od jakiegoś czasu chodzi mi po głowie myśl żeby założyć bloga, ale argumentem przeciw temu pomysłowi jest, że chyba nie mam zbyt wielu ciekawych rzeczy do powiedzenia. Nie jestem na tyle ciekawą osobą, żeby ludzie chcieli mnie czytać. I kolega odpowiedział coś, co zapadło mi w pamięć na lata, coś w stylu „skoro tak mówisz, to pewnie tak jest, w końcu sama znasz siebie najlepiej”.
Po pomyślunku doszłam do wniosku, że kurczę, racja. Jeśli ja o sobie tak myślę, to dlaczego ktokolwiek inny miałby mnie uważać za ciekawą osobę? Stwierdziłam, że na przekór temu myśleniu założę bloga. Założę go i udowodnię sama sobie, że mam coś do powiedzenia. Coś ciekawego.

I jestem. Po trochu dlatego, że dziecko, którym kiedyś byłam, a które nadal gdzieś we mnie drzemie, chce być w końcu tym artystą (tyle że tym razem pretenduje raczej na miano pisarza i potrzebuje szkolić pisarski warsztat), a po trosze dlatego, że od lat moim największym motywatorem jest udowadnianie innym ile jestem warta. A to marna motywacja, takie rzeczy powinniśmy wiedzieć o sobie tak po prostu, bez potrzeby udowadniania ich komukolwiek. I z tą myślą powstał ten wpis, być może trafią na niego osoby z podobnym problemem. Cóż więc, liczę, że uda nam się go pokonać. Uwierzyć na dobre, że jesteśmy warci tyle ile chcemy być warci i że nie musimy zupełnie nikomu tej wartości udowadniać.

kp
Nieśmiałość – mój największy wróg Nieśmiałość – mój największy wróg Reviewed by Klaudia on 20:07 Rating: 5

4 komentarze:

  1. Czytając Twoją notkę wielokrotnie przyłapywałam się na potakiwaniu. Rzeczywiście tak jest, że najczęściej to my sami jesteśmy dla siebie najbardziej surowymi krytykami, a jednocześnie czekamy aż ktoś nas odkryje, nieśmiało wierząc we własną wyjątkowość.
    Podziwiam Twoją odwagę w robieniu tego, co lubisz i trzymam za Ciebie mocno kciuki, bo robisz to dobrze. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Olu, wylałaś właśnie cały słoik miodu na moje serce, dziękuję :)
      Wydaje mi się, że największą sztuką jest nauczyć się, że tak naprawdę każdy człowiek jest wyjątkowy. Tylko niektórzy w to nie wierzą, inni wierzą w to trochę za mocno, a jeszcze inni dostrzegają tylko swoją wyjątkowość. Trzeba więc wypośrodkować, żeby nie wpaść w żadną ze skrajności, no i robić to co nas uszczęśliwia, nie czekając aż ktoś to odkryje, czy doceni :)

      Usuń
  2. Klaudia,nie będę słodzić powiem tylko, że cała prawda o nas samych :) Masz rację z tymi jedynakami, Nikusię mamy tylko jedną i tak ją chowany "pod kloszem" co zdaję sobie sprawę nie jest dobre :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wyobrażam sobie, że jak jest się rodzicem jedynaka, to trudno w ogóle wychowywać go w inny sposób niż pod takim kloszem, dlatego wcale się Wam nie dziwię :)

      Usuń

Jestem bardzo ciekawa Twojej opinii, pisz śmiało :)

top navigation

Obsługiwane przez usługę Blogger.